|
Michał Czuba:
"Sobota… pobudka o 5 rano… Oczy sklejone przerywanym
snem. Dociera do mnie myśl, że to właśnie teraz zaczęła
się dla mnie długo wyczekiwana sobota, dnia 5 grudnia.
Właściwie, co ja muszę zrobić? Spakowany już byłem od
dwóch dni, przygotowany mentalnie i sprzętowo także.
Wsiadłem w auto, które na dzień przed startem budziło
mnóstwo wątpliwości, jednak postanowiłem o tym nikomu
nie wspominać nawet najmniejszym słowem. Jadę po Agniess…
Nic do mnie nie dociera, jest ciemno i to chyba lepiej.
Doskonalę się mogłem skoncentrować. Z resztą odczuła to
nawet Agnieszka, gdy jadąc już na prawym fotelu, nie
słyszała ode mnie zbyt dużo słów.
Dojeżdżamy przed bramę toru punktualnie osiem minut
przed godziną siódmą. Skąd ja pamiętam tą godzinę, to
nie wiem. Badanie kontrolne, badanie głośności… 90 dB.
Znaleźliśmy się przed biurem, jeszcze ostatnie
przygotowania Seja i ruszamy po mapki. Agnieszka została
z mapkami sam na sam, skrupulatnie na nie coś nanosząc.
Ja jeszcze krzątałem się obok auta, sprawdzając
ciśnienie w oponach, naklejając numerki i ciesząc się
jeszcze czystym i przejrzystym wizerunkiem mojego
Złotka :)
Wjeżdżamy na karting, wiadomo, żeby sobie troszkę
potrenować. Nieustanne uwagi biegnące z moich ust w
stronę cicho mówiącej Agnieszki, aż kipiały zaczątkami
sportowej złości! Czułem, że coraz bardziej wjeżdżam się
w zachowanie auta i… miało to zgubny skutek, tak jak w
przypadku każdego poprzedniego treningu… Tym razem nie
skończyło się na draśnięciu zderzaka. Z kretesem i bez
ogródek wycinając boka przypominającego kombinację
alpejską z hukiem wyryłem w „beczkę” z opon… Centralnie,
przodem… Wybiegłem z auta jeszcze ogromnie
podekscytowany i zafascynowany tym, co się stało.
Zderzak popękany, tablica odpadła. „Uff dobrze, że tylko
tak to się zakończyło” – pomyślałem. Posprzątałem po
swoich kozackich zachowaniach karting i ruszyliśmy
dalej. Syndrom wariata (jak to określa Adam Warlich) się
we mnie wyłączył i dobrze, bo daleko bym tak nie
dojechał.
Okazało się, że prócz ran powierzchownych, ucierpiały
także wnętrzności… Długo walczyłem z gotującą się jak
woda w czajniku - cieczą chłodzącą i zaciętym na
przesuniętej chłodnicy wentylatorze. Walczyłem i
myślałem, żeby się nie poddawać, nie teraz.
Pełen niepokoju, ale także pozytywnego naładowania
stanąłem wraz z pilotem na starcie pierwszej próby. Już
nie czułem tego podekscytowania jak na pierwszym
SuperOESie… Teraz czułem zwierzęcą zawziętość urwania
sędziemu ręki swoją przednią szybą, gdy pokazuje mi,
kiedy mogę startować! Jak długo trzymany pies na smyczy,
zerwany rzuciłem się do mety. Jednak jechałem z głową,
potrafiłem się opanować, nie popełniać błędów. Na
przedostatniej szykanie, widziałem jak młoda pilotka
chce najwyraźniej wysiadać z auta, które pod moim
dowództwem wygrzmoci zaraz w metalowe bramki… Odzyskałem
przyczepność w hamowaniu, trakcja przypomniała o swoim
istnieniu i choć wiele straciłem czasowo, to się
wyratowałem. Z kilometra na kilometr było coraz lepiej,
coraz szybciej i coraz bardziej emocjonująco. Dodatkowej
mobilizacji dodawał mi wcześniej wspomniany Adam Warlich,
z którym spędziłem chyba cały czas pomiędzy próbami,
gorączkując się przy monitorach wyświetlających czasy
naszych rywali. Na ostatnie dwie pętle, Agnieszka
została grzecznie poproszona o zajęcie miejsca kibica, w
celu sprawdzenia, czy czasy ulegną poprawie. Pozbyłem
się wszelkich barier i kręciłem czasy 2 sekundy lepsze…
Słyszałem jak głośno dyszę, a krople potu wypływają spod
kasku. Wysiadałem z auta i jakby ktoś mi mierzył tętno,
to bym kręcił chyba rekordy na ciśnieniomierzu!
W całej rywalizacji, żałowałem tylko, że odpadł już na
treningu Michał Gładyszak, z którym już od dawna byłem
umówiony na zaciętą rywalizację. Dzielnie zastąpił go
Adam, za co ślicznie dziękuję!
Niestety, więcej nie jestem w stanie napisać… Dlaczego?!
Ludzie, ja wstaje codziennie rano i jestem nakręcony jak
szwajcarski zegarek, przechodzę koło Seja idąc po bułki
do sklepu i mi się wszystko przypomina! Muszę się kąpać
trzy razy dziennie, bo się pocę z podekscytowania!
Pozostaje mi tylko podziękować: DZIĘKUJĘ ZA RYWALIZACJĘ,
DZIĘKUJĘ ORGANIZATOROM, DZIĘKUJĘ ZAWODNIKOM, DZIĘKUJĘ
AGNIESZCE, ZA POMOC NA PRAWYM… PO PROSTU NIE MOGĘ WYJŚĆ
Z ZACHWYTU!!! Nie wiem jak przeżyję kolejny SuperOES, bo
każdy następny jest coraz lepszy!"
WIĘCEJ WYPOWIEDZI...
|